wtorek, 23 września 2014

Rozjaśnianie


Pisałam o przemalowaniu foteli, stolika i lampy, ale takim najpierwszym krokiem w stronę rozjaśnienia moich wnętrz było pomalowanie boazerii. Korytarze w domu mamy wyłożone boazerią - pewnie jak  większość  domów czy mieszkań urządzanych w latach 80. Na szczęście tylko korytarze i to bez sufitów. Ja wiem, że kiedyś może to i ładne było i wiem też, że boazeria szczególnie na korytarzu jest bardzo praktyczna, ale dłużej się na nią nie mogłam patrzeć…no nie mogłam i już. Przez lata drewno ściemniało i już wcale ładne nie było, a przy okazji strasznie zaciemniało te i tak już ciemne korytarze. Zresztą co ja Wam tu będę tłumaczyć – jeśli sami nie macie to na pewno u kogoś widzieliście jak to wygląda po latach. 


Oczywiście na początku myślałam żeby to zedrzeć w pierony i pomalować ściany. Niestety moja wizja nie została zaakceptowana i dla świętego spokoju i dobra ogólnego musiałam wymyślić coś innego. Skoro chciałam jasnych korytarzy to jedyną możliwością było przemalowanie tej boazerii.
Poszperałam po Internecie żeby zobaczyć czy już kiedyś ktoś uskuteczniał takie przemalowywanie. Na szczęście byli tacy, więc mogłam co nieco podpatrzyć i wypracować wizję jak ja to zrobię. Problem polegał na tym, że ilu ‘majsterkowiczów’ tyle porad i nie wiadomo kogo posłuchać. Jak to w takich sytuacjach zazwyczaj robię poczytałam i pooglądałam różne opcje i z tego co się dowiedziałam stworzyłam taką, która najbardziej mi pasowała :)
Właściwie od początku wiedziałam, że będę używać emalii akrylowej bo nie mogło to być nic śmierdzącego i nic bardzo brudzącego. Farby te znałam ze swoich decoupage’owych poczynań i wiedziałam, że są fajne, ale nie wiedziałam jak będzie z ich trwałością. Postanowiłam jednak zaryzykować tym bardziej, że na różnych forach internetowych ludzie pozytywnie się o nich wypowiadali. Wymyśliłam sobie, że ma to być przemalowane na kolor ‘śmietankowy’(chodziło mi o taką przełamaną biel) i jako, że żaden z gotowych kolorów nie był podobny do mojej wizji, to stwierdziłam, że nie mam wyjścia i sama muszę sobie stworzyć taki kolor. Kupiłam więc białą farbę i przełamałam tę biel barwnikiem piaskowym – powstał idealny śmietankowy.


Zaczęłam od zmatowienia boazerii papierem ściernym – na szczęście lakier był już dość ‘wytarty’ więc nie trzeba było żadnych specyfików – wystarczył papier ścierny. Zresztą nie chodziło tu o zdarcie całego tego starego lakieru tylko o zmatowienie powierzchni żeby farba się trzymała. Robota to była bardzo żmudna i mało przyjemna, ale tak byłam zdeterminowana, że tarłam aż się kurzyło :) no i na szczęście pomocnika miałam nieocenionego! Te ‘wystające’ deseczki zmatowiliśmy szlifierką, a właściwie taką specjalną nakładką na wiertarkę, ale rowki już niestety trzeba było ręcznie zmatowić – wąska deseczka, na nią papier ścierny i każdy rowek trzeba było przetrzeć.
Następnie przyszła kolej na malowanie – też dość żmudne zajęcie ze względu na te rowki, ale pierwsza warstwa o tyle była prostsza, że nie trzeba było wzroku wytężać, żeby zobaczyć czy ja tę deseczkę już malowałam czy jeszcze nie. Po pierwszym malowaniu nie wyglądało to, delikatnie mówiąc, zbyt pięknie. Farba oczywiście nie pokryła jeszcze zupełnie deseczek, a poza tym widoczna stała się każda dziurka, szczelina, ślady po sękach itp., których wcześniej w ogóle się nie zauważało. Nie było wyjścia – trzeba było wszystkie te otworki pozalepiać bo inaczej nie miałoby to wyglądu. Lepiliśmy to szpachlą (taką kupioną gotową) rozmieszaną z odrobiną farby. Jak już z tym się uporaliśmy to zabraliśmy się za druga warstwę, która z jednej strony szła troszkę szybciej bo już było ‘podłoże’, ale żmudna była tak samo jak pierwsza :) 

po pierwszej warstwie - szału nie było ;)

Po drugiej warstwie było już znacznie lepiej, ale jeszcze były prześwity i jeszcze nie był to ten efekt, który miałam w swojej głowie. Nie było rady trzeba było przystąpić do trzeciej warstwy. Jak po raz kolejny zjawiłam się w sklepie z farbami po następną puszkę to Pan sprzedawca powitał mnie  mówiąc …”ale się pani rozpędziła z tym malowaniem…dobrze, że zamówiłem ostatnio kilka puszek tej farby na zapas”. Po trzecim malowaniu stwierdziłam, że jest dobrze i możemy uznać robotę za wykonaną. 

     

Nie powiem, że to była pestka, bo pracy przy tym było bardzo dużo i jak już wspomniałam było to zajęcie naprawdę żmudne i czasochłonne. Ale efekt bardzo mnie cieszy i biorąc pod uwagę jak bardzo nie znosiłam tych poprzednich ciemności egipskich, bez wahania zabrałabym się za całą tę robotę jeszcze raz. Nie mogłam się nadziwić jak jasne stały się po tej zmianie korytarze, a przy okazji wydają się niesamowicie przestronne i nowoczesne – to już nie jest PRL-owskie wnętrze tylko takie bardziej powiedziałabym skandynawskie :) (chociaż niektórzy twierdzą, że angielskie a inni, że prowansalskie). Koniec końców nie żałuję też, że nie pozbyłam się boazerii bo jest to jednak dużo bardziej praktyczne i trwalsze niż pomalowane ściany – wiadomo jak to na korytarzu - tu się stuknie, tam się czymś obetrze, zawadzi, pobrudzi – dużo nie trzeba i ściany do malowania, a ja przetrę moja pomalowaną boazerię wilgotną szmatką i jest ok. Po roku czasu nie widać żadnych ubytków – nadal jest ładnie (oczywiście w moim subiektywnym odczuciu) i nadal jestem zadowolona.



Pozdrawiam Wszystkich cieplutko!

11 komentarzy:

  1. Bombowe zmiana! Chylę czoła. Naprawdę bardzo mi się podoba!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję! nie ukrywam, że jestem z tej zmiany bardzo zadowolona :)

      Usuń
  2. O matko, ale dużo pracy! Ale efekt jest tego warty! Bardzo to ładnie teraz wygląda - tak skandynawsko :). Pozdrawiam serdecznie i gratuluję wyróżnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda Domi pracy było sporo, ale warto było :) pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  3. Wygląda cudownie, tez mnie czeka taka praca z tym ze ja mam całą klatkę schodowa korytarz i hol...

    OdpowiedzUsuń
  4. Efekt wyszedł super, gratulacje! Też zastanawiam się nad przemalowaniem boazerii w przedpokoju i ubikacji, ale obawiam się jednego...
    Czy czasowo nie jest to bardziej pracochłonne, niż zerwanie boazerii i przemalowanie "normalnej" ściany? Oczywiście nie wspominam o efekcie, bo skandynawski klimat jest super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Owszem ta przemiana była bardzo pracochłonna, ale efekt wszystko wynagrodził :) Mimo, że początkowo byłam zdeterminowana żeby tę boazerię wyrzucić, to jednak cieszę się, że wyszło jak wyszło - doceniam jej praktyczność - nic się nie brudzi, nie rysuje, nie obciera - a wiadomo, że w korytarzu różnie bywa. Poza tym trzeba zawsze wziąć pod uwagę to, że różne cuda możemy pod boazerią znaleźć - więc jeśli trzeba tynkować czy gładzić ściany, to też może się okazać czasochłonne. Jakakolwiek będzie decyzja życzę powodzenia!

      Usuń
  5. Też obecnie maluję boazerię, mam nadzieję że efekt wyjdzie równie dobry, jedynie poszłam na łatwiznę i nie zdzierałam lakieru, kupiłam podobno super farbę, jestem obecnie po 1 malowaniu, już zaczęłam 2-gie , też myślę aby pomalować 3-ci raz. Mam też niestety sufit do malowania ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. też chcę się za to zabrać i nie chce zrywać lakieru możesz podpowiedzieć jaką farbę kupiłaś ???

      Usuń
    2. powodzenia! efekty wynagrodzą wysiłek - wiem coś o tym ;) też jestem ciekawa co to za super farba?

      Usuń

Dziękuję za komentarz!